Wywiad z Mariuszem Filipkiem, menadżerem zespołu Chaostrem

Jakie były początki zespołu? Kto go stworzył? Jak to było?

– No więc zespół „Chaostream”, jak powstał, tak? To było dwóch przyjaciół, perkusista z gitarzystą – mogę jeszcze powiedzieć, że samouki – chodzili razem do klasy w szkole podstawowej no i zaczęli się spotykać, w domu na początku, później w jakichś salach prób, bardziej amatorskich, lub z czasem bardziej profesjonalnych, no i sobie coś tam pogrywali, to co im do głowy przyszło chcieli przenieść na instrumenty. Z czasem zaczęło coś fajnego wychodzić, doszedł później do składu następny gitarzysta, można było urozmaicić bardziej to wszystko, no i zobaczyli, że znowu coś się fajnego dzieje i doszedł jeszcze basista. Wtedy już w pełni zaczęła funkcjonować sekcja rytmiczna – perkusja, bas, dwóch gitarzystów; zaczęło to ze sobą bardzo fajnie współgrać, do tej pory zresztą nawet oni sami nie wiedzą, chociaż wiedzą, która to jest gitara rytmiczna, a która prowadząca, bo się wymieniają w zależności od utworu. Jeden z gitarzystów próbował swoich możliwości jako wokalista, choć pozostali wiedzieli, że on do końca temu nie podoła, chodzi tu o Radka Kolago. Później próbował basista – to też jeszcze nie było spełnienie marzeń i zrealizowanie tego, co chcieli grać. Kiedy później razem wszyscy poszli do szkoły średniej, chociaż to już było na festiwalu Emergenza, doszedł wokalista, no można powiedzieć, taki z krwi i kości, no i wtedy zaczęło się już coś dziać. Pierwsze osiągnięcie w tym czasie były właśnie na Emergenzie, gdzie doszli do finału ogólnopolskiego i mieli możliwość zagrania w klubie Proxima. Oni byli wtedy bardzo młodzi, mieli bodajże koło 16/17 lat. Także już wtedy zaczęło się coś tam fajnego kroić, nie zwyciężyli co prawda wtedy, ale zaistnieli na scenie muzycznej, można powiedzieć, tej takiej młodej, wschodzącej.

Czyli zaczęło się od dwóch chłopaków. Mieli oni jakieś podłoże muzyczne w rodzinie, czy sami zaczęli grać?

Radek był samoukiem od samego początku, nawet jak zaczął się uczyć, to było to na zasadzie odstresowania się od nauki, od stresów rodzinnych. Wolał zaszyć się gdzieś w pokoju i grać jakieś swoje utwory, zresztą do tej pory jest autorem większości tekstów i muzyki.

W takim razie, skąd wziął się ten gatunek, prog-metal? Jest on jednak dość mało znany. Dlaczego akurat to, a nie na przykład sam rock lub metal?

To wzięło się stąd, że chcieli zrobić coś innego. Wiadomo, że teraz młodym zespołom jest się ciężko wybić, trzeba zrobić coś oryginalnego.Każdy z nich słucha też czegoś innego i czymś innym się inspiruje. Radek jest głównym autorem tekstów i muzyki, przynosi jakieś gotowe pomysły, ale na próbach każdy chce wtrącić coś swojego, więc tak to wszystko wychodzi no i potem odbierane jest to w ten sposób przez publikę, że albo im się bardzo podoba (bardzo bardzo), albo wręcz nie, że za dużo jest dźwięków, za dużo wszystkich możliwych gatunków. Nawet tak nieśmiało mógłbym powiedzieć, że to jest jakiś nowy stworzony gatunek, który mam nadzieję, kiedyś wypłynie, aczkolwiek jest to w dalszym ciągu niszowa muzyka. Ale swoich odbiorców mają, są lubiani.

Jak w tak zróżnicowanym zespole działa współpraca? Czy proces tworzenia piosenek jest bardzo burzliwy, czy mimo mieszanki tak wielu gatunków dają radę jakoś to wszystko spiąć bez problemu?

Na pewno przez to, że jest taka mieszanina wszystkiego, czyli zmiany tempa, rytmu, czystych i przesterowanych dźwięków – wszystko to powoduje, że na próbach pojawiają się takie myśli „A po co my to wszystko robimy?”, „A kto tego będzie słuchał?”. Jest bardzo wiele wątpliwości i zaczyna się taka niemoc, przychodzą takie momenty i nawet ja, gdy przychodzę, słucham nieskończonych kawałków, myślę sobie „Boże, co to jest?” (śmiech). Ale jak już utwór się zbliża do końca, to muszę powiedzieć, że wychodzi im to fajnie, stąd też zawsze ich wspieram, bo od samego początku słucham rocka i cięższej muzyki. Natomiast zawsze też podobał mi się damski wokal w zespole, akurat to był trochę przypadek, że dołączyła kobieta do tego zespołu no i w sumie powstała jeszcze większa mieszanina. Coś w stylu Nightwish, niektórzy mogą coś usłyszeć z zespołu Tool, czy Korn i jest to fajne. Jest to fajne i jeszcze jedna fajna rzecz, którą robią i która spotkała się z bardzo dużym zaciekawieniem to to, że na koncertach nie robią przerw między utworami. Nie ma tam zbytnio czasu na gadaninę, natomiast odbiorca może sobie stanąć i posłuchać muzyki ostrej, a zarazem spokojnej; może zagłębić się w myślach i gdzieś odpłynąć. Ale jak chce się pobawić i dobrze pomachać czupryną, to też może to zrobić.

Jak wcześniej wspomniałeś, zaczęli w bardzo młodym wieku. Jak uważasz, dają sobie radę psychicznie, łapią się w tym? Czy może mają ochotę, żeby wspólnie grać i wychodzić na coraz większe sceny? To, że zaczęli w tak młodym wieku ułatwia czy utrudnia sprawę?

Na pewno ułatwia to, że znali się od samego początku, bo czasami na scenie jedno spojrzenie, co chcemy zagrać albo na samych próbach, mimo iż idzie to długo, bo mają bardzo rozbudowane kawałki i całą aranżację, to wszystko to pomaga – ta długa współpraca i fakt, że się znają bez słów. Nie potrzebują spotkań integracyjnych, wystarcza im próba, bo właśnie to nazywają takim spotkaniem. Nie muszą ze sobą długo rozmawiać o tym co chcą robić.

A co do inspiracji – biorą pomysły „z kosmosu”, czy wzorują się na jakichś zespołach? Np. w przypadku piosenki „Compromise”.

Tak jak wspomniałem, to są jakieś pomysły, które były w głowie Radka (słuchał bardzo różnych stylów muzycznych), ale przeszły całą tę transformację na próbach i pierwotna wersja od ostatecznej bardzo się różniła. Właściwie „Compromise” to dziecko chłopaków w momencie, gdy przeżywali transformację, gdy odszedł wokalista męski, przyszła Beata i jeszcze dwóch wokalistów, czyli w sumie troje i każdy dodał jeszcze więcej tych smaczków od siebie. To albo się podoba, albo nie i fajnie byłoby trafić do tych odbiorców, którzy właśnie szukają takiej muzyki i chcą tego słuchać. Są to długie kawałki, trzeba ich słuchać całymi płytami, które zresztą cały czas tworzymy. Jedna płyta nie jest jeszcze ukończona, ale miejmy nadzieję, że mimo tych wszystkich przeciwności losu uda się to jakoś pozbierać do całości, żeby ta płyta w końcu wyszła.

Skoro to jest taki nietypowy gatunek muzyki, to jak się przyjmuje na festiwalach bądź piknikach w hospicjum dziecięcym? Publika dobrze na to reaguje czy może jest to zbyt ciężkie brzmienie?

Myślę, że publika reaguje dobrze. Na pewno dzięki podstawie, którą jest sekcja rytmiczna, to fundament tego zespołu. Gdyby tutaj był ktoś inny – a Michał Tobjasz moim zdaniem wspaniale funkcjonuje za perkusją – no to to by się chyba nie udało, a tak to nabiera rozpędu.

Czy współpracujecie z innymi zespołami? Jeśli tak, to jak wygląda taka współpraca? Organizujecie wspólnie koncerty, projekty? Czy może działacie jako niezależny zespół?

Sytuacja wygląda w ten sposób, że mamy zaprzyjaźnione zespoły i czasem piszemy do siebie, że jest możliwość zrobienia fajnego wydarzenia wspólnie i wtedy występujemy w różnego rodzaju klubach. W Warszawie już chyba w każdym klubie graliśmy – w poprzednim składzie, w obecnym troszkę mniej – natomiast to, że nasza publika to młodzież ucząca się, to też nie pozwala nam na wyjazd poza miasto. Takich wyjazdów było niewiele, no ale to dlatego, że są zaliczenia, sesje egzaminacyjne i to nie pozwala wypłynąć gdzieś dalej i być usłyszanym.

Czy jako osoba „z boku”, ale będąca też trochę „w środku” uważasz, że ten styl muzyki się przyjmie i będzie na niego zapotrzebowanie na rynku?

Jest to na pewno muzyka niszowa. Wydaje mi się, że będzie zapotrzebowanie na taki styl muzyczny, dlatego że każdy młody człowiek poszukuje czegoś, co lubi słuchać, a nie tylko tego, co jest modne. Młodzi ludzie też bardzo często ulegają temu, co jest modne i mówią „Idę na koncert, bo idą znajomi”, ale jak już się jest trochę starszym i każdy ma możliwość kupić bilet za własne zarobione pieniądze, to już się zastanowi – „Gdzie pójdę?”, „Czego chcę posłuchać?” i to powoduje, że znajdują się słuchacze.

A propos pieniędzy… Na zespół początkowo trzeba wyłożyć całkiem sporo funduszy. Skąd czerpaliście dochody?

Spełnieniem marzeń początkujących zespołów jest zagrać w jakimkolwiek klubie, ale problem polega na tym, że jest to muzyka, gdzie potrzebny jest sprzęt: wzmacniacze, kolumny; klub będzie miał jakieś nagłośnienie, ale nie wszystko. A jak grają dwa, trzy zespoły, to w jakiś sposób użyczają sobie sprzętu. Przez te wszystkie lata kiedy chłopaki grali, na sprzęt się po prostu zbierało przez jakieś dorywcze prace lub pomagała rodzina. Trzeba było zrobić taki zakup, aby być bardziej samowystarczalnym i mieć możliwość uzyskania na koncercie tego samego brzmienia co jest na próbie.

Jak jesteśmy już przy początkach, to może jakaś taka mała rada, złota zasada dla osób, które chciałyby stworzyć własny zespół, ale nie wiedzą jak się za to zabrać od strony biznesowej?

Ja bym biznes odłożył na dalszy plan. Najpierw: praca nad sobą, kochać to, co się robi i nie zamykać się samemu w sobie – szukać możliwości, nie bać się pytać. Jak wiadomo, nie jest to cicha muzyka, wielu mieszkańcom to przeszkadza, ludzie przy tej gonitwie życia i tak są uczuleni na głośną muzykę, a jeszcze ktoś tu chce im zafundować coś takiego. Piwnica w bloku odpada, garaż – pewnie czasami też, chyba że ktoś będzie miał taką możliwość i rodzice będą chcieli parkować auta na zewnątrz (śmiech). Trzeba być otwartym, spotykać się w miejscu, gdzie nikt nie będzie przeszkadzał. Takie są właśnie początki. Czyli kochać to, co się robi, pracować nad sobą, pokazać to koledze, który ma podobne zamiłowania, łączyć to i wtedy coś wychodzi.

Wywiad przeprowadzili: Krzysztof Górski, Katarzyna Rzyszkiewicz, Milena Hausman, Klaudia Nisiewicz i Julia Dobrogowska.

Dookoła Martyna

Avatar

Sprawdź również

„LOVE LAS. BAJKA EKOLOGICZNA”

Gdy pewnego dnia w leśnym domku ostatniej dobrej Wiedźmy Zuzanny zjawiają się dwie podstępne koleżanki, Zenobia …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *